8 lip 2013

Prolog



-Harold! Wstawaj! Znowu się spóźnisz do szkoły! Ja też mam pracę, nie mogę być codziennie wzywana przez twojego dyrektora! 
Zielonooki chłopak o ciemnych, kręconych włosach i słodkich dołeczkach w policzkach przeturlał sie na drugi bok na łóżku, niestety nie wyrobił i spadł z niego z głuchym łoskotem.
-Kurwa.- mruknął pod nosem, po czym powoli zwlókł sie  z podłogi cicho pojękując. Szybko sie ubrał i wyjrzał przez okno swojego pokoju. Zapowiadał sie kolejny nudny dzien. Żadnych wrażeń, czy niezwykłych przygód, co to, to nie. Nie, żeby nie lubił swojej rodzinnej miejscowości, ale w tym miasteczku można było tylko sobie o tym pomarzyć. Pozostawała tylko zwykła monotonia codzienności i ewentualnie wspomnienia z czasów, kiedy, nie straszne mu były żadne przeciwności losu, nie wierzył w takie bujdy. A pojecie 'nie wypada, bo co ludzie pomyślą’ było mu obce. Z czasów, kiedy miał dwójkę najwspanialszych przyjaciół pod słońcem. Trzej muszkieterowie. Przyjaciele na wieczność. Tak o sobie mówili. Takiej trójki to miasteczko jeszcze nigdy nie miało. Razem mieli podbić świat. Harry, Jimmy i Maxxie- definicja prawdziwej przyjaźni. Do czasu. Harry doskonale pamiętał, kiedy wszystko zaczęło sie psuć.. To był początek września. Jeszcze nawet nie mieli za dużo nauki w szkole i nagle, podczas lekcji fizyki Jimmy zasłabł. Cala klasa wpadła w histerię, nikt nie wiedział, co zrobić. Ktoś zadzwonił po karetkę i chłopaka przywieziono do szpitala. Tam okazało sie, że wykryto u niego białaczkę. To był początek wszystkiego, co złe, co wydarzyło sie w życiu młodego Styles'a..
-Harry! Złaź na dół natychmiast! Nie mam całego dnia. A musze dopilnować, żebyś się dzisiaj nie spóźnił!
 
-Uh.. Tak mamo! Już schodzę! - odkrzyknął Loczek i powlókł sie do kuchni, gdzie jego rodzicielka właśnie kończyła zmywać naczynia po śniadaniu.
-Ej, a dla mnie? Ja też jestem głodny.- zaprotestował chłopak płaczliwym tonem
- Przykro mi, ty już nie zdążysz. Było sie pospieszyć ze wstawaniem. I nie rób takiej miny. Dobrze wiesz, ze obiecałam twojemu dyrektorowi, ze dopilnuję, żebyś sie dzisiaj nie spóźnił, ani nie zawalił zajęć- dodała napotykając naburmuszony wzrok swojego syna
-Głodzisz mnie- poskarżył sie głośno- jeszcze przez ciebie popadnę w anoreksję, albo tym podobne chujostwo
-Hej! Tylko bez takich! Dobrze wiesz, ze nie toleruję po moim dachem wulgaryzmów. To zubaża słownictwo.- zganiła syna Ann
-Wiesz, że jesteś dziwna? Każdy normalny rodzic opieprzyłby swoje dziecko, bo pyskuje, a ty mi wyjeżdżasz z jakimś zubożeniem mojego słownictwa.
-Przestań. To, że mam inne podejście do wychowania własnych dzieci, to jeszcze nie znaczy, że jestem dziwna.
-Otóż to właśnie to znaczy, dla twojej wiadomości. Inny, to po prostu dziwny.. tylko, że ładniej.
-Wcale nie kochanie.- szepnęła zmartwiona rozumowaniem syna Ann, kładąc mu ręce na ramionach- Inny, to znaczy jedyny w swoim rodzaju. Nadzwyczajny. Z tym właśnie wiąże się być sobą. Z poczuciem odrębności. To niełatwa sztuka, ale tylko tchórze mówią na takich ludzi, że są dziwni. Pamiętaj, że bycie sobą popłaca.- powiedziała, całując Hazzę w czoło.
- Dobra, juz dobra. Jak sobie chcesz. Wychodzimy? - i nie czekając na nic, Harry wyszedł z domu. Po dojechaniu na miejsce i wejściu do budynku, pod czujnym okiem swojej matki, chłopak od razu udał sie do klasy, w której aktualnie miał zajęcia. Tak sie złożyło, że pierwsza była chemia. Niezbyt ciekawy przedmiot, dlatego nawet nie trudząc się, żeby udawać, że będzie zajmował sie lekcją, po prostu włożył słuchawki w uszy, włączył i po i poda dał się ponieść muzyce, w której rytm od razu  wpasowało sie bicie jego serca, a dźwięki wypełniające jego aparat słuchowy kierowały myśli na tor fantazji i wyobrażeń. Tak bardzo zajął sie nimi, ze nawet nie zauważył, kiedy do klasy wszedł nauczyciel przedmiotu, z jakiego miał właśnie zajęcia, który powitał klasę i przeszedł do omawiania lekcji i pewnie nadal nie zwracałby uwagi na świat zewnętrzny, gdyby ktoś brutalnie nie wyjął mu słuchawek z uszu, tym samym sprawiając, ze jego senny świat marzeń prysnął niczym banka mydlana, przywołując go bezdusznie do rzeczywistości.
-Czego? - spytał sie leniwie
-Właśnie sie pytałem, czy pan Styles mógłby sie łaskawie zająć lekcja?
-Ugh.. Jasne, a co przerabiamy?- spytał niewinnie, na profesor zrobił sie czerwony na twarzy- Czy pan Styles zdaje sobie sprawę, ze właśnie mija pięćdziesiąta szósta minuta sześćdziesiecio-minutowej lekcji, a pan nie jest zorientowany, co takiego ćwiczymy?
-Nie, nie zdawałem sobie sprawy, ze tyle czasu zmarnowałem na bezsensowne siedzenie i lenienie się.- tu twarz nauczyciela z dojrzalej wiśni zmieniła kolor na lekki róż, a rysu delikatnie złagodniały, lecz nadal był bardzo rozgniewany- a jak to mówią- ciągnął dalej Harry- "czas to pieniądz", więc ja nie zamierzam więcej tracić czasu na głupie siedzenie na pańskiej lekcji. Do widzenia- to mówiąc jednym ruchem chwycił swoje rzeczy, przeszedł przez klasę i trzasnąwszy drzwiami, wyszedł,  pozostawiając, teraz juz białego na twarzy, oniemiałego nauczyciela na środku klasy. Szedł pustymi korytarzami z głową spuszczona na dół. 'Brawo Styles! Normalnie, grzeczniej sie juz nie dało! Czego ty chcesz, przecież na ostatniej rozmowie z głową tej jebanej szkoły zostałeś poinformowany, że za następne przewinienie zostaniesz przeniesiony.. Ugh. Czemu ja zawsze musze pakować sie w kłopoty. To niesprawiedliwe, ze inne dzieciaki z tej  przeklętej budy mogą sobie robić co chcą, mogą chodzić na wagary i robić graffiti na murach szkoły, a jak ja się do czegoś zabiorę, to jest pewne, że zostanę przyłapany. Tak jak ostatnio..'
Było sobotnie gorące popołudnie. Założył sie z kumplem, ze przeleci laskę w schowku na narzędzia dla personelu. Dziewczyna chętnie sie zgodziła, no bo jakżeby tu odmówić jednemu z największych przystojniaków liceum, wielkiemu buntownikowi i cassanovie. Harry wybrał akurat ten dzień, bo wtedy prawie nikt się nie kreci po szkole. Wemknęli się do budynku tylnim wejściem, które prawie zawsze było otwarte, bo woźny zgubił klucze od drzwi. Po cichu, starając sie nie robić zbędnego hałasu, przeszli przez kilka korytarzy trafiając w miejsce kulminacyjne. Dziewczyna, bojąc się, że ktoś ich jednak może nakryć, szybko wciągnęła chłopaka do schowka. Tam Loczek, bez zbędnych ceregieli, pchnął ją na ścianę i wpił sie łapczywie w jej usta, na co ona cicho jęknęła poddając się pieszczocie. Już była jego. Nie chcąc z tym zwlekać (bądź, co bądź, to był tylko zakład, a nie prawdziwa potrzeba) jednym, zwinnym ruchem zdjął z niej spodnie, razem z koronkowymi stringami. A następnym zciągnął swoje dolne części garderoby i podał dziewczynie prezerwatywę, wcześniej wyjętą z tylnej kieszeni spodni. W momencie, kiedy laska właśnie zabierała sie za założenie jej, usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi, a potem oburzony, zduszony kobiecy krzyk. Okazało sie, ze sprzątaczka miała akurat tego dnia miała jakieś nadgodziny i sprzątała hol. Za to przewinienie Curly musiał zostawać po lekcjach u pedagoga przez następne dwa miesiące i przepisywać durne zdanie: 'Nigdy więcej nie będę zbeszczeszczał miejsca nauki i pracy wielu światłych osobowości oraz obrażał ciała kobiety, poprzez stosunek płciowy odbyty w sposób barbarzyński i nieodpowiedni, który mógłby w przyszłości okazać się wielkim bledem.', co chłopak skrócił do: 'Nie będę więcej pieprzyć się z laska w szkole, bo gumka mogłaby pęknąć.', za co dostał następną kare. I tak wciąż. Jego najdłuższy okres czasu, kiedy nie było go w gabinecie dyrektora to 3 tygodnie, kiedy przez dwa był chory, a jeden miał wycieczkę. Z tych rozmyślań wyrwał go znienawidzony glos:
-Styles! Tak Styles, do ciebie mówię!- powoli odwrócił sie o 180° i stanął twarzą w twarz ze swoim cudownym i jakże uroczym dyrektorem- Właśnie cię szukałem. Profesor Teenyear (przyp. autorki. nauczyciel chemii) już doniósł mi, co sie stało na jego lekcji. Do mojego gabinetu. Ale to migiem!- stało się. Wypowiedział 'ulubione' zdanie Harry'ego, na które ten, chcąc, nie chcąc, powlókł sie do dużego, utrzymanego w ciemnych barwach, okrągłego pomieszczenia.
-Musisz zrozumieć, Styles, że my robimy, co możemy. Naprawdę się staramy, by ci pomoc, ale ty nam to bardzo utrudniasz. Mam nadzieję, że rozumiesz, że nie możemy więcej tolerować takich zachowań. Ciągłe spóźnienia, wagary, bezczeszczenie budynku szkoły, obrażanie nauczycieli, bijatyki, niedojrzale i nieodpowiedzialne zachowanie w stosunku do panien..
-To sie nazywa sex- wtrącił Harry
-Nadużywanie alkoholu ma terenie placówki- ciągnął nauczyciel, jakby w ogóle nie usłyszał, że chłopak mu przerwał- przekręty z narkotykami..
-Nigdy mi nic nie udowodniono.
-..palenie papierosów, dręczenie nauczycieli, obrażanie szkolnej pani pedagog, włamywanie sie na teren posesji..
-Dobra, dobra. Przecież rozumiem. Jestem jebaną stratą miejsca w tym popierdolonym wariatkowie. To pan dyrektor chciał powiedzieć?
-Nie. Raczej chciałem stwierdzić, że jesteś beznadziejnym przypadkiem totalnej bezużyteczności.- stwierdził ze skwaszoną miną
-Też może być.
-Wiec sam rozumiesz, że nie mogę dłużej tolerować takich zachowań, zwłaszcza, że na naszym ostatnim spotkaniu zostałeś poinformowany, że jeszcze jedno takie przewinienie, a zostaniesz przeniesiony do innej szkoły.
- No ale chyba mnie pan nie wywali, co? No nie, przecież nic takiego nie zrobiłem, biorąc pod uwagę moje wcześniejsze przewinienia. Nie no! Proszę! Ja nie chcę się przenosić.
-Przykro mi.
-No ale co ja takiego dzisiaj zrobiłem?! Nic. Byłem grzeczniutki.. Jak na mnie.
-Nic?! Obraza nauczyciela i jego metod nauczania, opuszczenie zajęć, niestosowanie się do poleceń nauczyciela. To jest nic?!
-Słuchałem muzyki, wiec skąd miałem wiedzieć, jakie on wydaje polecenia- bronił się chłopak
-A właśnie, jeszcze używanie telefonów komórkowych podczas lekcji
-Proszę pana. Pan wie, że lubię muzykę i to jest coś, co chcę robić w życiu. I powinien być pan ze mnie dumny. Cholera! Przecież ja panu wygrałem ten pana pieprzony konkurs. Mnie to nie było na nic potrzebne. A wy w zamian nie dajecie mi nawet możliwości posłuchania muzyki, tylko wywalacie mnie ze szkoły pod byle jakim pretekstem! - stało się. Chwycił się ostatniej deski ratunku, choć miał nadzieję, że nigdy nie będzie zmuszony użyć swojego głosu, jako argumentu. Wiedział, że dobrze śpiewa i od zawsze to kochał i wiedział, że wiedziało o tym także cale ciało pedagogiczne, które z tego i wyłącznie z tego powodu jeszcze nie wywaliło go ma zbity pysk. W zamian śpiewał w różnych konkursach. To była ich taka niespisana umowa. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił.
-Właśnie z racji pana talentu, panie Styles, mam dla pana propozycje, która może pana dość zadowolić i zrewanżuje panu to pół roku nauki, który będzie pan musiał nadrobić w nowej szkole. Radzę sobie przejrzeć, ofertę szkoły, do której się pan przenosi, a gwarantuje, że nie będzie pan tak niezadowolony, jak się panu teraz wydaje. To już postanowione. Nie ma już odwrotu. Wszystko uzgodnione jest z pańską matką, wszystkie papiery podpisane. Przenosi się pan w następnym tygodniu. Skończyłem, możesz już iść Styles- powiedział, po czym odwrócił sie do biurka, zawzięcie czegoś szukając w stosie teczek i papierów leżących na nim, pozostawiając biednego chłopca z poczuciem, ze jego świat się wali, nie dopuszczając go nawet do słowa.
-ŚWIETNIE!!- wrzasną Styles, po czym wyszedł na korytarz z całej siły trzaskając drzwiami, uprzednio kopniakiem przewracając kosz na śmieci w gabinecie dyrektora. Świetnie! Skoro tak, to on nie zamierzał przebywając ani chwili dłużej w tej beznadziejnej budzie! Z tymi myślami przeszedł, niczym huragan przez szkolny korytarz i opuścił mury budynku, w którym przebywał około 1491 godzin w tym roku i do którego miał nie wejść już nigdy. Powrót do domu nie zajął mu zbyt długa, odległość nie była duża, a zważywszy, że drogę tą pokonał biegiem, w swoim pokoju był 10 minut po zatrzaśnięciu za sobą drzwi do ‘tej pieprzonej budy’ po raz ostatni. Pierwsze, co zrobił to bezwładnie padł na łóżko, wtulając twarz w poduszkę i.. rozpłakał się. Tak, mili państwo. Nasz wieczny buntownik, pan mam-wszystko-i-wszystkich-gdzieś właśnie płakał jak małe dziecko. I to nie, z jakiegoś wzniosłego powodu. Po prostu bał się przeniesienia do nowej szkoły. Bał się braku akceptacji. Pozycję w tej szkole musiał budować od samego pojawienia się w niej. Była to ciężka praca, a wystarczyło jedno małe potknięcie, okazanie słabości, czy zbytnie rozczulanie się nad sobą, a wszystko to runęłoby, niczym domek z kart. Nie chciał. Nie miał siły budować tego wszystkiego do początku, w dodatku w zupełnie nowym otoczeniu. Tutaj miał chociaż kumpli, a tym? Bał się, że sobie nie poradzi. W swym szaleńczym biegu do swojego ‘królestwa’ zupełnie nie zauważył mamy, która siedziała w salonie i czekała na powrót syna, by móc z nim spokojnie porozmawiać. Dopiero, gdy drzwi jego pokoju uchyliły się z cichym skrzypnięciem, jego umysł zarejestrował, że biegnąc tutaj widział jakąś kolorową plamę, której nie powinno być, jeżeli dom byłby opustoszały i która musiała być sukienką w kwiaty jego mamy.­
-Puk, puk.. mogę wejść? – zapytała cichutko Ann. Co, jak co, ale znała syna na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie lubi on pokazywać swoich słabości, a łzy niewątpliwie za takie uważał, i kiedy zobaczyła Harry’ego pędzącego do swojego pokoju już wiedziała, co się święci. Długo nie otrzymywała odpowiedzi i już miała sobie iść, kiedy do jej uszu dotarł stłumiony przez poduszkę dźwięk, który mógł być odpowiedzią. – Co, co? Nie dosłyszałam.
-JAK MOGŁAŚ MI TO ZROBIĆ?! – Harry zerwał się nagle ze swojego posłania i usiadł, by wykrzyczeć rodzicielce prosto w twarz, jak bardzo jej teraz nienawidzi, ale, kiedy zobaczył ją stojącą w drzwiach, wręcz promieniującą miłością i troską o niego, poczuł się nagle taki pokrzywdzony i słaby, że tylko rozpłakał się zupełnie.
-Och..-westchnęła pani Styles, podchodząc do syna, obejmując go i przytulając do piersi, jak za starych dobrych czasów, wtedy, kiedy jeszcze pozwalał ludziom się do siebie zbliżać.- No już skarbie. Nie płacz. Nic się takiego nie stało. Sam mówiłaś, że nienawidzisz tej.. - zamarła na chwile, starając się przypomnieć jakieś określenie, którym Hazz zwykle traktował swoją szkołę i które nie byłoby przekleństwem, jednak nie znalazłszy takowego stwierdziła, że wymyśli swoje, podobne do języka jej syna – beznadziejnej budy.
Poza tym myślę, że jednak spodoba ci sie ta nowa szkoła. Sam zobacz- powiedziała i wyciągnęła w kierunku syna jakąś broszurkę, która, jak się później okazało była reklamą jego przyszłej szkoły, zachęcając go do jej przeczytania. Chłopak od niechcenia wziął ją do ręki i zaczął przeglądać,   a z każdym przeczytanym słowem, jego rysy twarzy łagodniały, a uśmiech się powiększał.
-Ona na prawdę jest w Londynie?- spytał po chwili
-No tak, ale napisali, ze maja akademiki i to takie z jednoosobowymi pokojami, wiec pełen luksus. I, kochanie, ja wiem, że to będzie dla ciebie trudne, że będziesz musiał zaaklimatyzować się w nowym mieście, z dala od domu, ale dasz rade. A jak chcesz, to będziesz mógł tu wracać w każdy weekend i..
-ZARTUJESZ?! Jadę! Przez następne pół roku będę w Londynie, bez twojego niańczenia i żadnych nakazów lub zakazów. Poza tym słyszałem, ze w Londynie są świetne laski. Jezu! Juz się nie mogę doczekać!
 
-Tak, ja też będę tęsknić- mruknęła Ann
-Oj, daj już spokój. Założę się, że tobie to też na rękę. Twój niepoprawny synek wyjeżdża, na tyle daleko, że nie ma możliwości wzywania cię codziennie do szkoły. Czy to nie cudowne?
 
-Już się tak nie ciesz, mój drogi. Bo tam są zupełnie inne zasady, niż w normalniej szkole. Tam, jak za bardzo przeskrobiesz, to cię wyrzucają i nie bawią się w żadne zawiadamianie rodziców. Wiec, żebyś miał tego świadomość, że jak ta uczelnie zawalisz, to wracasz do domu i nie pomogę ci już w żaden sposób rozwijać swojego talentu. Bo to jedyna taka szansa dla ciebie. Rozumiemy sie?
-Tak, tak, jasne. A ja chciałem ci zakomunikować, że nie wracam już do tego durnego chujostwa, zwanego przez ciebie szkołą, bo dyrektor jest jebanym kutasem.
 
-Ty nigdy nie zrozumiesz, że przekleństwa zubażają słownictwo, prawda? Nieważne. Ja musze lecieć do pracy, wymknęłam się tylko na chwile, bo wiedziałam, że zaraz, jak sie dowiesz to wrócisz do domu, więc posprzątaj pokój i możesz już zrobić listę rzeczy, które chcesz wziąć ze sobą do Londynu. Potem, jak wróci Gemma możecie odgrzać sobie obiad, jest w lodowce, a po obiedzie macie pozm..- dalej Harry juz jej nie słuchał. Włożył na uszy słuchawki i włączył muzykę z ulga odcinając się od rzeczywistości. Bedzie mieszkał w Londynie. I będzie się uczył śpiewać, tak profesjonalnie. To będzie z pewnością ciekawe. 
***
DRRR!!!! DRRR!!!!
Dźwięk budzika rozniósł się po całym pomieszczeniu, brutalnie wybudzając drobnego niebieskookiego chłopaka z bezpiecznej, błogiej krainy marzeń i nieświadomości. I znów zaczynał się kolejny dzień. Kolejna seria nieustających przezwisk, dokuczania, i pomiatania biednym Louis’m. Kolejne równe 24 godziny wyśmiewania się z niego i dogryzania mu. Miał tak od 16 roku życia, więc szło się już przyzwyczaić i biedny chłopiec rzeczywiście zaczął się już powoli uodparniać na wszelkiego rodzaju dogryzki i inne sposoby dręczenia. Ale nie po sytuacji, która zdarzyła się 3 dni temu. Wtedy to został po lekcjach zaciągnięty do szkolnej toalety, przez bandę chłopaków i trzymany przez dwójkę z nich poddany dość nietypowym, nawet, jak na jego szkołę, torturom. Najpierw spryskano mu ręce czymś, co wyglądało, jak spray przeciwko komarom, który okazał się być bardzo łatwopalny, bo kiedy któryś  z jego oprawców podłożył ogień zapalniczką, ręce zajęły się od razu. Nie obeszło się również bez typowych obelg, typu: „i co pedale, nie za ciepło?” albo „teraz pożałujesz, że się urodziłeś cioto”. Ból był nie do wytrzymania. Krzyczał tak strasznie, że zastanawiał się, dlaczego nikt nie przyszedł sprawdzić, co się dzieje, skoro na pewno cała szkoła go słyszała. Ale w miejscu jego nauki to było normalne. Wszyscy, zarówno uczniowie, jak i nauczyciele wiedzieli, że „wszyscy dręczą tego biednego chłopca od Tomlinsonów”, ale nikt nie kwapił się zbytnio, żeby pomóc. Nawet dyrektor przechodził często obojętnie, obok miejsca, w którym właśnie zakładana Louis’emu kosz na głowę. Bo przecież kto by chciał narażać swoje dobre imię i pomagać TEMU homoseksualiście. Oczywiście jego oprawcy nie byli głupi. Puścili go, zanim z jego rąk został sam popiół. Nawet zgasili ogień, który z tak obrzydliwie barbarzyńskim podnieceniem wskrzesili. A on nawet nie oglądając się, kim byli ci chłopcy uciekł, co sił w nogach, kiedy tylko poczuł, że go puszczono. Od tamtego czasu przychodził do szkoły z ogromnym strachem, że sytuacja może się powtórzyć. Przez 2 dni udawało mu się ukryć okropne poparzenia na przedramionach nosząc bluzy z długim rękawem. Dużą pomocą była zimowa pogoda, mógł tłumaczyć swój ciepły ubiór chłodem i ujemną temperaturom na dworze, więc wszystko szło dobrze. Aż do wczorajszego wieczoru, kiedy Fizzy, jego młodsza siostrzyczka chwyciła go dość mocno za przedramię, chcąc poprowadzić w tylko sobie znane miejsce, jednak, kiedy jej drobna rączka zacieśniła swój uścisk na Świerzych jeszcze ranach po poparzeniu nie wytrzymał i zawył z bólu, co oczywiście ściągnęło mamę, która koniecznie musiała się dowiedzieć, co sprawiło jej ukochanemu synkowi tyle bólu. No właśnie. Mama. Kochana mama. Lou nie wiedział, co by bez niej zrobił tylko ona i jego siostry w tym przeklętym mieście jeszcze się nim nie brzydziły. Jay, jego rodzicielka, zupełnie nic sobie nie robiła z tego, że wytykają ją na ulicy palcami, jako matkę TEGO geja, a kiedy, przychodząc do sklepy usłyszała, że ktoś obgaduje ją lub jej synka albo zupełnie to ignorowała, albo wytykała takim ludziom język, robiąc przy tym bardzo głupią minę doprowadzając ich tym samym do skrajnego oburzenia taką postawą dorosłej osoby, a swoją rodzinę do śmiechu. W Jay i Lottie Louis znalazł oparcie. Wiedział, że akceptują go i pomagają, jak tylko mogą w trudnych dla niego chwilach. Jego pozostałe rodzeństwo było jeszcze za małe, żeby dowiedzieć się, przez jakie ich starszy brat musiał przechodzić piekło, więc nie było mowy o tolerancji, czy nietolerancji. Co prawda już wiedziały, że Louis jest inny, że woli chłopców (Lottie uwielbiała robić sobie z niego żarty, więc nie obyło się bez wtajemniczenia małych, niewinnych  dziewczynek w niektóre tematy tak, by potem zadawały najstarszemu z rodzeństwa niewygodne pytania), ale nic poza tym. Mama, kiedy zobaczyła ręce Louis’ego wpadła w taki szał, jakiego chłopak jeszcze u niej nie widział. Najpierw stwierdziła, że natychmiast muszą iść z tym na policję, bo szkoła najwyraźniej nie potrafi sobie poradzić, jednak na szczęście Louis przekonał ją, żeby jednak zaczekała do rana i dopiero wtedy poszła z tym do szkoły, a jak to nic nie da, dopiero na policję (o zostawieniu całej tej sprawy nie było z Jay mowy).
-Boo?- usłyszał skrzypienie drzwi i ciche kroki swojej rodzicielki- LouLou, śpisz jeszcze, kochanie?
-Nie. Właśnie się budzę. Coś chciałaś- spytał chłopak
-Nie, nic. Tak tylko pogadać przyszłam.
-Oho! Czuję kłopoty. Co jest? Co znowu wymyśliłaś?
-Oj, tam znowu wymyśliłaś, wymyśliłaś-zaczęła go przedrzeźniać Jay- po prostu wpadłam na pewien pomysł i przyszłam ci o nim oznajmić.
-Oznajmić.. czyli, że twój pomysł został już wcielony w życie?- spytał niepewnie chłopak, nie wiedząc, czy rzeczywiście chce usłyszeć odpowiedź
-Taak.. Można tak powiedzieć – pisnęła cicho rodzicielka
-I ten twój cudowny pomysł ma dotyczyć mnie? – upewnił się, na co kobieta skinęła głową nadal patrząc w podłogę
- Ale nie denerwuj się, to naprawdę dobre rozwiązanie. Chodzi o to, że przepisałam cię do innej szkoły. I to nie byle jakiej. Do Akademii Sztuki Meadowes. Pamiętałam, że niedawno oglądałeś o niej program w telewizji i się nią zachwycałeś, więc chyba ci się spodoba. No i będziesz mógł doskonalić swój cudowny głos, czyli robić to o czym zawsze marzyłeś. Już cię tam zapisałam, więc nie ma odwrotu, a rano poszłam do twojej szkoły i zrobiłam twojemu dyrektorowi taką aferę, jakiej jeszcze świat nie widział. Ach, no tak, zapomniałam ci powiedzieć – dodała widząc nierozumiejącą minę syna – kiedy spałeś przełączyłam twój budzik na dwie godziny później, żebym miała czas to wszystko załatwić i żebyś mnie nie powstrzymywał. Tak więc wszystko ustalone: przenosisz się w następnym tygodniu, wszystkie papiery już wysłane, akademik opłacony, tylko będziesz musiał nadrobić pół roku nauki. Ale myślę, że dasz radę. Przecież nigdy nie miałeś z tym problemu. Jak już mówiłam, będziesz mieszkał w akademiku, ale nie martw się, pokoje są jednoosobowe, także nikt ci nie będzie przeszkadzał, jeśli nie będziesz sobie tego życzył, a jednocześnie będziesz miał szansę poznać masę ludzi w swoim wieku, odnaleźć przyjaciół, może nawet swoją drugą połówkę. –dodała puszczając oczko do swojego syna, co on skomentował cichym, pretensjonalnym „mamooo” -  No i najważniejsze – ciągnęła dalej Jay - wyniesiesz się z tego wstrętnego miasta. Zmiana otoczenia na pewno dobrze ci zrobi. Będziesz przebywał z dala od tego wszystkiego, od wrednych, zapyziałych staruchów, od głupich, wstrętnych dzieciaków, od nieprzyjemnych spojrzeń, od.. wspomnień – dodała jeszcze cichutko, jakby bała się wypowiedzieć przy Louis’m ostatnie słowo na głos – Więc wszystko postanowione – powtórzyła- Nie ma odwrotu. W następnym tygodniu jedziesz do nowej szkoły, a przez te ostatnie kilka dni po prostu nie puszcze cię do tej zapchlonej budy, skoro nawet dyrektor sra w gacie przed tą zgrają dupków. Jeszcze tego brakuje, żebyś następnym razem przyszedł do domu w kawałkach! Nie ma mowy. Nigdzie cię nie puszczę.
- Mamo, zdajesz sobie sprawę, że jestem już dorosły, a ty nadal zachowujesz się tak, jakbym był małym dzieckiem i nie mógł decydować o sobie sam?
- Och, daj sobie spokój, skarbie. I tak wiem, że jesteś zadowolony z takiego obrotu spraw, więc po prostu przestań się zgrywać, daj mi buziaka i podziękuj za wszystko, co dla ciebie zrobiłam.
- Wiesz, że cię kocham, mamusiu – szepnął Louis, zarzucając rodzicielce ręce na szyję i wtulając się w nią. A było w tym coś tak rozczulającego i delikatnego, że Jay przez chwilę zapomniała, że siedzi przed nią jej 18-letni, w pełni dojrzały syn. Dla niej był on w tej chwili tylko małym chłopcem poszukującym akceptacji i miłości w maminych ramionach
-też cię kocham, BooBear. – doszepnęła gładząc lekko Lou po plecach.
***


-I nie zapomnij pozbyć się jutro mamy z domu, Nialler! Pamiętaj, że jutro u ciebie robimy domówkę! – krzyczała Katie, najlepsza przyjaciółka, wiecznie uśmiechniętego blondynka idącego ulicą w przeciwnym, niż ona kierunku
-Jasne, jasne! Zbędę ją czymś! – odkrzyknął i odszedł raźnym krokiem poszedł do domu zastanawiając się, co by podziałało na mamę tak, by wykurzyć ją z mieszkania na, co najmniej pół nocy. Zadanie nie było proste. Był piątek, a w piątki mama zawsze rozmawiała w tatą przez skaypa, więc na pewno będzie chciała zostać w domu. Tata Niall’a niedawno przeprowadził się do Londynu, gdzie dostał bardziej płatną pracę, dzięki której mama nie musiała chodzić do pracy, a i tak pieniędzy starczało na wszystko. Jednak dla rodziny, była to dość trudna sytuacja. Tata Irlandczyka wracał do domu jedynie na święta. Nie widzieli się praktycznie w ogóle poza skayp’em, przez który rozmawiali regularnie co piątek. Wtedy do głowy Niall’a wpadł wyśmienity pomysł. Po prostu powie, że komputer się zepsuł, a mama chcąc zobaczyć męża wyjdzie na miasto do kafejki internetowej, albo lepiej! Do przyjaciółki u której się jeszcze dodatkowo zasiedzi, tak, że nie będzie wiedziała sensu wracać do domu na noc. To był wyśmienity plan! Tak rozmyślając ani się obejrzał, a był już w domu.
- Wróciłem! – rzucił w stronę kuchni, z której wydobywał się cudowny zapach, gotowanego zapewne w tej chwili przez rodzicielkę obiadu
-Niall? – usłyszał głos mamy
- Nie, święta Kunegunda. Jasne, że ja!
-Och.. Nialler, choć do kuchni. Musimy porozmawiać. – blondynek wszedł do pomieszczenia lekko przestraszony zastanawiając się, co przeskrobał. Czyżby mama już dowiedziała się o jego szatańskim planie skłamania, że komputer się zepsuł?
-Coś nie tak? – spytał cicho
-Niall, musimy poważnie porozmawiać, kochanie.
- Ale to nie tak, jak myślisz, mamo. To znaczy, owszem, chciałem cię okłamać i chciałem zrobić tą imprezę, ale to dlatego, że to taki nasz rytuał. Co piątek ktoś robi imprezę i co ja powadzę, że w tym tygodniu wypadło na mnie? Ja nie chciałem ci nic mówić, bo byś się nie zgodziła, a przecież nie mogę zawieść kolegów i powiedzieć, że imprezy nie będzie. Złamałbym naszą tradycję, a ty prawie jak zdrada. A sama mówiłaś, że nie zdradza się przyjaciół..
-Zaraz, zaraz. Jaka impreza? – przerwała ten monolog rodzicielka
-To ty nie o tym chciałaś rozmawiać? – spłoszył się blondynek
-Nie. W żadnym wypadku nie o tym. I nie ma mowy o żadnej imprezie, zrozumiano?!
-Ale, mamo..
-Nie ma żadnego „ale”. A teraz przejdźmy do rzeczy, o której chciałam z tobą pogadać. Rozmawiałam już o tym z tatą. To w sumie jego propozycja, a ja na nią przystałam. Otóż jak wiesz jest nam bardzo ciężko z ojcem, z powodu, że nie możemy się widzieć. Jest nam bardzo trudno, dlatego ojciec przygotował dla nas wszystkich mieszkanie w Londynie. Jest duże i wygodne. Przeprowadzamy się tam w przyszłym tygodniu. Zapisał cię również do szkoły artystycznej, która mieści się niedaleko. Będziesz mógł doskonalić swój głos i grę na gitarze. Jeśli wolisz, będziesz mógł zamieszkać w akademiku i przyjeżdżać do domu na weekendy. Na pewno ci się tam spodoba. Wiem, że to dla ciebie trudne, że musisz zostawić to przyjaciół, ale wczuj się też w naszą sytuację. Zrozum, że nie mamy innego wyjścia. Mogę ci jednak obiecać, że będziemy wracać do Irlandii tak często, jak to tylko możliwe.
.- zamilkła wpatrując się uważnie w twarz swojego syna, oczekując jakiejś reakcji z jego strony. Natomiast umysł blondynka jeszcze nie do końca przetworzył wszystkie te informacje. Jak to? Że niby się przeprowadzają?! Ale to nie może być prawda. Ma tu zostawić wszystkich kumpli, szkołę, Katie i tak po prostu zamieszkać w Londynie?! Nic nie rozumiejąc z zaistniałej sytuacji zdołał tylko wydukać:

-A mogę chociaż zrobić imprezę pożegnalną w ten piątek?
-Ty to wiesz, jak wykorzystać sytuacje, żeby było na twoje, nie? Okej, okej. Możesz zrobić tą swoją imprezę. Tylko potem masz wszystko wysprzątać tak, żeby nie było śladu po żadnej imprezie, zrozumiano?
-Tak, mamo.
-No. A teraz myj ręce i siadaj do stołu. Zaraz podaję obiad.

***

Sprawdził wszystko jeszcze raz: ubrania- są, przybory do toalety codziennej- są, książki i podręczniki- są, gry planszowe- są, miś do spania- jest, wszystkie oszczędności- są. Okej, o niczym nie zapomniał. Wszystko było już spakowane i gotowe do drogi. Co prawda wyjeżdżać do nowej szkoły miał dopiero w następnym tygodniu, ale nie mógł się już doczekać.
-Liam! Nie mamy całego dnia! Zayn mnie zabije, jak znowu się przez nas do szkoły spóźni!- usłyszał krzyk swojej dziewczyny dobiegający z jego salonu.
-Zayn?- odkrzyknął zdziwiony i lekko zaniepokojony chłopak, wychylając głowę z pokoju – Zayn’a też podwozimy do szkoły?
-Tak. Co w tym złego?
-Nie, nic. Tylko rodzice nie pozwalają mi utrzymywać z nim kontaktów.
-Dlaczego?- zdziwiła się Danielle
-Bo to chuligan- wyjaśnił chłopak
-Li, skarbie- westchnęła dziewczyna- Kocham cię, ale czasem zachowujesz się, jakbyś był jakimś specjalnym dzieckiem, naprawdę. Na Boga, ty masz 17 lat! I boisz się podwieźć kolegę ze szkoły, bo rodzice nie każą ci się zadawać z chuliganami- ostatnie słowo wypowiedziała kreśląc palcami cudzysłów w powietrzu
-Oj, tam zaraz się boję. Po prostu stosuję się do poleceń rodziców- naprostował szatyn
-A wiesz, że jesteś właśnie w wieku buntu i powinieneś sprzeciwiać się wszystkim nakazom i zakazom? Zresztą nieważne. Po prostu chodźmy już.
-Okej, okej. Już idę.- odrzekł Payne i powlókł się za swoją dziewczyną do jej samochodu. Kiedy zajechali pod willę Malików zastali chłopaka siedzącego na schodkach prowadzących do werandy kończącego palić papierosa. Gdy usłyszał nadjeżdżający podjazd, szybko odrzucił peta na ziemię i wstał poprawiając torbę na ramieniu i podszedł do samochodu
-Nareszcie. Ile razy mam powtarzać, że jestem na okresie próbnym i nie mogę popełnić żadnego przewinienia, bo inaczej mnie wywalą?!
-To przez Liama, to do niego miej „wąty”, nie do mnie- rzekła szybko Danielle umywając ręce- Poza tym, jak ci coś nie pasuje to możesz jechać swoim samochodem. A tak, zapomniałam. Starzy ci go nie kupili, po tym, jak rozwaliłeś ich stare auto.
-Och, zamknij się już i jedź. Może jeszcze zdążymy.- odrzekł tylko i dodał jeszcze_ muszę zapalić
-Znowu?- zdziwił się Liam- przecież dopiero co wypaliłeś jednego.
-No i?- przecież trzeba się jakoś odstresować. Do szkoły dojechali grubo po dzwonku. Korytarze były już całkiem puste, kiedy przemierzali je szybkim krokiem
-Fuck- przeklął Zayn odpalając kolejnego papierosa i skręcając w inny korytarz – dzięki za podwózkę, do zobaczenia- krzyknął tylko przez ramię
-Zagaś tą fajkę, zanim wejdziesz do klasy- upomniał go jeszcze Liam, ale tego chłopak na swoje nieszczęście nie dosłyszał, a może, biorąc pod uwagę późniejsze zdarzenia, na szczęście? Szczęście i nieszczęście to przecież pojęcia bardzo względne.
-Choć- popędziła swojego chłopaka Danielle, chwytając go za rękę i ciągnąc w stronę ich klasy. Nie obyło się oczywiście bez spóźnień, uwag i kary, czym młody Payne, jako wzorowy uczeń bardzo się przejął. Pozostała część lekcji minęła im spokojnie, kiedy wychodzili ze szkoły już mieli zmierzać do samochodu Danielle, kiedy Li zauważył Malika idącego szybkim, nerwowym krokiem w stronę willi jego rodziców i popalającego papierosa. Tchnięty nagłym poczuciem, że musi z nim porozmawiać, chłopak, przeprosił swoją dziewczynę i szybko pobiegł dogonić Zayn’a.
-Cześć stary.- rzekł lekko zdyszany, gdy dogonił wreszcie kolegę, który szedł bardzo żwawym krokiem.
-Czego chcesz?- odparł ciemnooki nie podzielając entuzjazmu szatyna
-Ej, coś się stało?- dopytywał się zmartwiony Li
-Nic. Zupełnie. Oprócz tego, że przez twoją i moją głupotę wylali mnie ze szkoły i nawet moi starzy nic na to nie poradzą, oprócz tego, że mnie ukatrupią, wywalą z domu i wydziedziczą. Przez co będę zdany tylko na siebie, pozostawiony bez dachu nad głową i środków do życia. I ja wcale w tej chwili nie przesadzam. Postawili mi niedawno takie właśnie ultimatum. Albo jakiś przetrwam okres próbny w tej popierdzielonej szkole do końca roku szkolnego, albo mnie wydziedziczają i wyrzucają.- wybuchnął Zayn – Zresztą nieważne. Muszę zapalić- dodał
-Przecież palisz.- zauważył szatyn patrząc na trzymanego w prawej ręce swego towarzysza wypalonego już do połowy papierosa
-No tak.. kurwa.- mruknął pod nosem- to gówno jest stanowczo za słabe.
-Czyli nie masz teraz nawet dachu nad głową? – zaniepokoił się szatyn
-Nie, nie mam. Nie mam kasy, nie mam domu, nie mam pracy i nie mam jedzenia i pewnie następne kilka nocy spędzę pod mostem. Ale co ciebie to w ogóle obchodzi, co? Przecież praktycznie się nie znamy. Rozmawialiśmy ze sobą może cztery razy w życiu, a ty się martwisz, jak o najlepszego przyjaciela. Nawet moi najlepsi kumple z tej zapyziałej budy za bardzo się nie przejęli tym wszystkim i pewnie ich już nie zobaczę. W końcu nie mam już boskiej chaty w której można robić boskie imprezy i nie mam już forsy na dragi. O, tak więc zapomniałem dodać, że nie mam jeszcze przyjaciół. Jednym słowem jestem spłukany- westchnął- Ale co ciebie to obchodzi?- dodał
-No wiesz, czuję się trochę współwinny. W końcu to przeze mnie się spóźniłeś do szkoły, a to pewnie przyczyniło się w jakiś sposób do tego, że cię wyrzucili. – wytłumaczył Li
-Uwierz, że w niewielkim stopniu. Już bardziej to, że wszedłem do klasy z fajką w ręku. Ale pewnie nawet tu zostałoby mi wytłumaczone, gdyby nie znalezienie przez woźnego nagrania, w którym rzekomo maluję graffiti na murach szkoły, a potem szczam na pomnik przed głównym wejściem. Za chuj nie pamiętam takiej sytuacji, ale działo się to pewnie podczas którejś z moich imprez, także to tłumaczy wszystko. – westchnął po raz kolejny. Zanim się obejrzeli byli już pod willą młodego miliardera – Wchodzisz?- zapytał, a widząc wahanie Liama dodał - Spoko, starych nie ma w domu. – Zayn doskonale zdawał sobie sprawę, że ma najbardziej przerażających rodziców ze wszystkich swoich rówieśników. Sztywni, poważni, wysoko postawieni, wymagający, patrzący na wszystko i wszystkich z góry. Wiedział, że wszyscy mu po cichu współczują takich starych. Rzecz w tym, że Zayn nie potrzebował współczucia. Był twardy, przyzwyczaił się już do takiego życia. Jedynym czego potrzebował Zayn Malik był przyjaciel, którego tak naprawdę nie posiadał. Ale sam sobie czasem trochę współczuł, kiedy patrzył na rodziny swoich znajomych: nadopiekuńcze mamy, zabawni ojcowi i wnerwiające rodzeństwo. On sam był jedynakiem, miał obleśnie bogatych rodziców, którzy go zaniedbywali i jedyne co robili, to stawiali przed nim same wymagania, których nie mógł osiągnąć, mieszkał w wielkiej willi daleko od centrum i często całe tygodnie mieszkał w niej zupełnie sam. Bo ludzie, którzy podawali się za jego rodziców wyjeżdżali na różnego rodzaju delegacje tylko po to, żeby zdradzać siebie nawzajem.
Liam niepewnie wszedł do środka za ciemnookim do środka znajdując się w pomieszczeniu, które normalnie pewnie uchodziłoby za przedpokój, ale z racji swoich rozmiarów pasowałoby do niego raczej określenie „hol pałacowy”. Przeszedł przez nie szybko podążając za Malikiem w głąb domu, tak, jak on nie zdejmując nawet butów, Przemierzyli kilka korytarzy i Liam był prawie pewien, że gdyby chciał teraz zawrócić i wydostać się na zewnątrz na pewno nie znalazłby drogi powrotnej. Tak więc zdał się na swojego towarzysza i pozwolił prowadzić się dalej. Wreszcie dotarli do sporych rozmiarów pokoju – zapewne sypialni Zayn’a. był on urządzony dosyć skromnie, biorąc pod uwagę wystrój całej reszty domu, która aż uginała się od przepychu i różnego rodzaju ozdób. Natomiast z tym pokoju nie znalazło się nic, oczywiści oprócz samych jego rozmiarów, co wskazywałoby na zamożność właściciela. Znajdowało się w nim jedynie duże, dwuosobowe łóżko, postawione tuż pod oknem, zaraz obok niego szafka nocna, dalej biurko całe zawalone papierami, na którym stał laptop i wieża, i kilka komód. Wszystko proste, bez żadnych udziwnień. Nic z tych rzeczy. Natomiast to, co budziło podziw, to rozciągająca się na całą ścianę gigantyczna, czterodrzwiowa szafa. Obok znajdowały się jakieś drzwi, będące zapewne wejściem do oddzielnej łazienki.
-Starzy wrócą dopiero pod wieczór, więc mam dość czasu, żeby spakować najpotrzebniejsze rzeczy, zjeść coś i napisać karteczkę, że mnie wywalili i mogą mnie już wydziedziczyć.
-Och, to nie zamierzasz sam im przekazać tej wiadomości? – spytał szatyn lekko onieśmielony wielkością i przepychem budynku w jakim się znalazł
-Co ty? Za nic w świecie nie zamierzam tu tak długo zostawać. Niby po co? Żeby narazić się na poćwiartowanie na kawałki przez wkurwionych rodzicieli?! Daj mi spokój, ja chcę żyć!- zaśmiał się ciemnooki, jak gdyby perspektywa opuszczenia swojego domu na zawsze, bez żadnego innego noclegu wcale go nie ruszała
-No, sam nie wiem.. może jeszcze zmienią zdanie- podsunął Liam
-Nie znasz moich starych. – odparł ponuro ciemnooki – ale nic. Trudno się mówi. Czasu nie cofniesz- rzekł, a po chwili zaproponował – Chcesz coś do picia, albo do jedzenia? A potem pomożesz mi się pakować? No, chyba, że musisz niedługo iść. Zresztą nieważne. Nie zwracaj na mnie uwagi. Będę cię teraz pewni próbował na siłę tu zatrzymać, bo nie chcę zostawać tu sam. Chociaż ten jeden, pieprzony raz nie chcę być w tym jebanym domu sam! W końcu ostatni raz tu jestem, więc chcę zapamiętać pobyt tu jak najlepiej. Ale spoko, mam świadomość, że nie chce ci się tu ze mną siedzieć, zwłaszcza, że prawie zupełnie się nie znamy, i to rozumiem, także mów jak będziesz chciał, albo musiał już lecieć, to wyprowadzę cię z tego jebanego labiryntu.
-Zawsze tak dużo gadasz, Zayn? – uśmiechnął się szatyn czując coś w rodzaju sympatii do chłopaka krzątającego się właśnie po pomieszczeniu w którym się znajdował
-Tylko, jak coś przeżywam. – odparł również z uśmiechem zapytany. Na co Liam odparł śmiechem
-No tak. W końcu nie codziennie wyprowadza się z domu, co nie? I z przyjemnością z tobą zostanę i pomogę i się pakować. – wyszczerzył się
-Dzięki- odparł z ulgą Malik. Po między nimi zapanowała chwila ciszy, podczas której Zayn kładł na łóżko rzeczy, które wyciągał z różnych miejsc, a Liam pakował je do plecaka. A potem Payne zapytał:
-To.. co teraz zamierzasz?- na co ciemnooki cały się spiął
-Skąd mam wiedzieć. Pewnie kilka nocy spędzę pod mostem, albo w parku, a potem.. zobaczy się. Może zacznę śpiewać na ulicy i w ten sposób zarabiać. W sumie to nie jest aż taki zły pomysł. Lubię śpiewać. No dobra, uwielbiam śpiewać. Ale nie śmiej się ze mnie. Pasja, jak każda inna.
-Naprawdę?- zdziwił się Li. Nie mógł się nadziwić temu zjawisku. Zayn Malik, ten Zayn Malik, szkolny Bad boy właśnie oznajmia, że jego pasją jest śpiewanie.
- Ej, mówiłem, żebyś się nie śmiał!
-Nie zamierzałem. Ja też lubię śpiewać i to bardzo. W następnym tygodniu przenoszę się nawet do Akademii Sztuki Meadowes, do Londynu, gdzie będę uczył się profesjonalnie śpiewać, występować na scenie itd.
-Łał! Ale bosko. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak kurwesko ci zazdroszczę – Zayn’owi zaświeciły się oczy
-Ej, mam pomysł! Skoro tobie też się to podoba, to też się zapisz. Słyszałem, że mają jeszcze kilka wolnych miejsc- podpalił się Liam
-Nie, nie mogę – westchnął z prawdziwym żalem Malik
-Niby czemu? – zdziwił się szatyn
-Zapomniałeś że jestem spłukany. Nie mam ani grosza.
-To nic. Tam nie trzeba za nic płacić. Musisz tylko posiadać talent. A jeśli chodzi o akademik, to też są to śmieszne pieniądze i możesz zapłacić na koniec semestru.
-Talent akurat posiadam.- rzucił nieskromnie ciemnooki- A jeśli chodzi o akademik, to do końca semestru na pewno jakąś pracę znajdę, a może nawet uda mi się namówić dziadków, żeby mi go opłacili, kto wie.- entuzjazm szatyna udzielił się również Zayn’owi. Chłopcy tak podpalili się do nowego pomysłu, że po chwili akademia była obdzwoniona, Mali zapisany, akademik załatwiony, a obaj chłopcy pakowali rzeczy Zayn’a z wielkimi bananami na twarzach, co chwile wspominając, jak będzie fajnie uczyć się w nowej szkole, jak mali chłopcy, którzy szczegółowo omawiają wspólnie spędzane wakacje.
-A jeśli chcesz, to przez te kilka dni możesz zatrzymać się u mnie – wypalił Payne, na co ciemnooki zatrzymał się w pół ruchu
-Ale.. Jak to? Ty.. proponujesz mi.. nocleg? – zająknął się
-No.. tak jakby. W końcu nie masz się gdzie podziać, więc co to za problem przenocować cię przez kilka dni.
-Czekaj, czekaj. Ty serio mówisz? Nie nabijasz się ze mnie?- spytał się Zayn wciąż będąc w kompletnym szoku
-Jasne, że nie. Niby czemu miałbym to robić? Przecież to żaden problem.- zdziwił się Li i uśmiechnął się przyjaźnie do towarzysza. Ale Malik wcale nie uważał, żeby to było nic takiego. W końcu prawie obcy chłopak właśnie zaproponował mu przyjęcie pod swój dach, podczas, gdy on sam nie miał się gdzie podziać. Nawet żaden z jego „przyjaciół” ze szkoły nie zaproponował mu noclegu. Ten gest tak wzruszył i uszczęśliwił chłopaka, że podszedł do Liama i po prostu go przytulił. Tak po prostu. Objął go swoimi silnymi ramionami i wtulił twarz w jego włosy.
-Dziękuję.- wyszeptał mu jeszcze do ucha, na co szatyn tylko się uśmiechnął i odwzajemnił uścisk.
-Nie ma sprawy- odparł- A teraz lepiej dokończmy to twoje pakowanie, bo do jutra nam to zejdzie.- dodał i obaj chłopcy zabrali się do przerwanej czynności z ogromnymi bananami na ustach.





~*~*~*~
Od autorki: Uff.. pierwszy rozdział w życiu opublikowany. Podoba wam się? Za wszystkie błędy z góry przepraszam. Jak się wam coś nie podoba to od razu piszcie o wszystkich usterkach, jakie tylko dojrzycie. Chciałam się spytać, czy nie za dużo dialogów. W końcu to prolog, a jest ich dość dużo. Za dużo? Jak uważacie?
Do następnego napisania ;) Papa




4 lip 2013

Bohaterowie

Louis Tomlinson
"Kocham tego, który wierzy w niemożliwe"
Sympatyczny, wiecznie uśmiechnięty chłopak o delikatnej, niemal dziewczęcej urodzie i ponurej przeszłości. Łatwo zyskuje sobie sympatie innych, uwielbia być duszą towarzystwa, choć, nie jest tak otwarty, na jakiego wygląda. Pod maska optymizmu i zadowolenia z życia skrywa się pokrzywdzony i bezbronny mały chłopiec, któremu nikt nie pomógł, kiedy najbardziej tego potrzebował. Mimo to stara się czerpać z życia jak najwięcej i nigdy się nie poddawać. Na co dzień optymista, szukający we wszystkim dobrych stron. Ma dziwne upodobanie do marchewek. Pała wręcz miłością do tych pomarańczowych owoców.

Harry Styles
"Jakże wartościowy staję się sam dla siebie, gdy jestem przy Tobie"
Z wyglądu- słodki 16-latek z masa loczków na głowie i uroczymi dołeczkami w policzkach. W rzeczywistości diabeł wcielony. Nie liczy sie z niczym i z nikim. Co prawda, kiedy jeszcze nie stracił dwóch najlepszych przyjaciół i nie miał złamanego serca, był zupełnie inny, szczery, troskliwy i towarzyski, ale teraz zadbał o to by takowych nie posiadać. Nie zbliża się do ludzi, nie tyle z braku potrzeby kontaktu z nimi, co ze zwykłego strachu przed zranieniem. Na zewnątrz- buntownik, Casanova, przystojniak. W środku biedny, dorastający nastolatek, który nie może poradzić sobie po stracie przyjaciela. Miłośnik kotów. Od zawsze interesował się muzyką.

Liam Payne
"Przyjaźń powiększa szczęście i pomniejsza nieszczęście, podwajając naszą radość i dzieląc na pół smutek"
Przystojny, cichy i obowiązkowy chłopak. Niezwykle, jak na swój wiek, odpowiedzialny, choć lubi sie czasem rozerwać. Od zawsze jego pasja był śpiew, jednak, przez bardzo długi czas wstydził sie tego i ukrywał przed wszystkimi, przede wszystkim, dlatego, ze nie chciał zawieść ojca, który nie pochlebiał śpiewania mężczyzn. Uważał, że jedy to 'zbyt babskie zajecie, dla prawdziwego faceta', jednak, kiedy po raz pierwszy usłyszał śpiew syna (a było to dość późno, bo, kiedy Liam miał 14 lat, biorąc pod uwagę, ze kochał to od 3 roku życia), zupełnie zmienił zdanie, pozapisywał go do wielu szkol muzycznych, wspierał go i był podpora, kiedy komuś nie spodobał się sie talent Liama. Liam, mimo, ze dorastał w domu pełnym miłości, w którym nigdy niczego nie brakowało również od strony materialnej, wyrósł na porządnego, odpowiedzialnego chłopaka, który wie, czego chce od życia, a nie, jak niektórym mógłby sie wydawać rozpieszczonego bachora. Ma dziwna fobie dotyczącą łyżek. Był z tym nawet u specjalisty, który stwierdził, ze to jakiś uraz z przeszłości.

Zayn Malik
"Aby stać się lepszym, nie musisz czekać na lepszy świat"
Przystojny uwodziciel z wciąż iskrzącymi sie ciemnymi oczami i cudownym glosę. Szarmancki, i uprzejmy w stosunku do panien, natomiast, jeżeli chodzi o wszelkiego rodzaju zasady, do wyznaje tylko jedna: 'Nie ma żadnych zasad'. Uwielbia adrenalinę i ekstremalne sporty. Nie raz juz zadarł z prawem, jednak, zawsze uchodzi z tego cało ze względu na ogromny majątek, który posiadają jego rodzice. Traktuje zycie, jak jedna wielka zabawę, w której cala frajda polega na tym, by jak najwięcej zaryzykować, tylko po to, by cudem tego nie tracąc przekonać sie jak ważne to dla nas było. Laluś, lubi spędzać godziny przed lustrem, tylko po to, by powpatrywać się w swoje odbicie. Oddany przyjaciel, flirciarz. Uważa, ze nie ma rzeczy niemożliwych.

Naill Horan
"Szczęście, to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją podzieli"
Wiecznie uśmiechnięty Irlandczyk. Oddany przyjaciel. Uwielbia się śmiać i zarażać swoim śmiechem innych ludzi. Kiedy dowiaduje sie, ze rodzice znajdują lepszy prace Londynie i przeprowadzają się właśnie tam, jego świat przewraca sie do góry nogami, jednak postanawia sobie w nie poddawać się i nie rozpaczać. Stara sie nie tracić kontaktu ze swoimi starymi przyjaciółmi z Irlandii i jednocześnie zaprzyjaźnić się z kimś z Londynu, co okazuje się nie lada wyzwaniem, zwłaszcza, że w miedzy czasie musi jeszcze wkładać mnóstwo energii, by stanąć na wysokości wymagań prestiżowej akademii sztuki, do której się przeniósł. Jednak blondynek ze swym nigdy nie stygnącym entuzjazmem podchodzi do tych przeciwności z uśmiechem i wiara w lepsze jutro. Jedyną, prawdziwą miłością Naillera, oprócz śpiewu jest jedzenie.

Effy Vent
"Ludzie, którymi byliśmy wcześniej, których nie chcemy więcej znać"
Dziewczyna po przejściach, z niedoleczoną depresją, która niedawno wyszła ze szpitala psychiatrycznego. W 100% artystka z krwi i kości. Uwielbia malarstwo, ale interesuje się również fotografia.

Magdalene Smile
"Czasem tak dla hecy

lubię patrzeć jak

Coraz bliżej świecy

ruda krąży ćma"

Pełna wdzięku i zadowolenia z życia pół-francuzka, która nienawidzi swojego pochodzenia. Uwielbia tańczyć i śpiewać. Nie jest typem słodkiej, kobiecej dziewczyny. Sama o sobie mówi, że bardziej uosabia się z osobnikami przeciwnej płci. Lubi marzyć i pisać wiersze, kocha zwierzęta i gry zespołowe.

Bailey Bley
"A kto by chciał mi służyć, niech idzie za mną

A gdzie ja jestem, tam i mój sługa"

Bailey jest mistrzem w robieniu głupich min. Jej hobby to okręcanie sobie chłopców wokół palca. Postawiła sobie warunek, że co roku, będzie łamać o 50 więcej męskich serc, niż rok wcześniej, na razie, jeszcze nie było roku, kiedy by się z postanowienia nie wywiązała, jednak ma jeden warunek (który okazjonalnie, ale rzadko nagina): z przyjaciółmi nie sypia! Oddana przyjaciółka i świetna pocieszycielka, zawsze potrafi rozbawić i niezależnie od sytuacji jest skora do żartów.

Arthur Bley
"Moje życie, moja sprawa

Jest ryzyko-jest zabawa!"

Brat Bailey, jej młodszy brat, co dziewczyna lubi podkreślać. Interesuje się malarstwem i rzeźbą. Zawsze uśmiechnięty, pełen optymizmu, którym zaraża wszystkich wokół. Rzadko się poddaje, jeśli sobie coś postanowi, to tak musi byś. Kpi sobie z ogólnie przyjętych zasad dobrego smaku i stylu.

Justin Green
"Liczy się tylko tu i teraz... bo życie jest zbyt krótkie"
Uczuciowy, nieco zadufany w sobie nastolatek z pięknym głosem. Typ zdobywcy i buntownika. Raczej nie przywiązuje wagi do uczuć dziewczyn, których sporo przewinęło się już przez jego życie, mimo młodego wieku(16 lat). Czerpie z życia pełnymi garściami.

Victoria Mile
"Jestem tym, o czym śnisz, gdy nie śpisz

Jestem twoim snem,

Błękitnym, bezcielesnym, mglistym

Tylko snem"

Marzycielka, romantyczka, z głową wiecznie w chmurach. Przez wielu pożądana, jednak nieosiągalna dla nikogo. Posiada piękny głos. Śpiewa od dziecka. Zwykle zamyślona i samotna, co niezbyt jej przeszkadza. Nie przepada za ludźmi i nie przykłada wagi do ich opinii na temat jej samej. Lubi tańczyć i śpiewać. 

Jenny Neun
"Ile można nie zasypiać, nie jeść, nie oddychać, płakać, łzy połykać"
Lekko stuknięta anorektyczka. Wręcz przesadnie szczera i wylewna. Nie ma żadnych problemów ze zdrowiem, czy psychiką, po prostu, kiedy coś zawali, jej życie legnie w gruzach, ona przestaje jeść, dopóki nie wezmą jej do szpitala. Twierdzi, że to taki jej sposób na ucieczkę od problemów. Nieco ekscentryczna. Uwielbia grę na fortepianie.

Alex Blam
"Szczęście to żart. Nawet fart to tylko uczesany niefart"
Porządnie szurnięty 18-latek z masą szalonych pomysłów i ciekawym podejściem do życia. Lubi imprezy, alkohol i nieprzemyślane decyzje, za które większość ludzi (o ile w ogóle takie pomysły wpadłyby im do głów) wstydziłaby się do końca życia. Wszystko robi spontanicznie, nie liczy się z żadnymi zasadami.


`*`*`*`
Od autorki: Pomyślałam, że się przywitam. więc cześć. Od razu mówię, że nie mam zbytniej wprawy, to mój pierwszy blog (i pierwszy post w życiu! Nawet nie macie pojęcia, jaką mam tremę), więc z góry przepraszam za jakiekolwiek błędy i niedociągnięcia. Jednocześnie gorąco proszę o zgłaszanie takowych niedociągnięć w komentarzach (mile widziane także własne pomysły i teorie na temat rozwoju akcji), a obiecuję, że spróbuję wszystko poprawić. Ja osobiście, prawdę mówiąc nawet wolę szczerą krytykę, niż przesłodzone komentarze. Wtedy wiem, że ktoś rzeczywiście czyta mojego bloga i mam się dla kogo starać. Także do.. "zobaczenia" chyba byłoby ty nie na miejscu, więc do napisanie. :)